Licznik

wtorek, 27 stycznia 2026

Bez tytułu



 

Inside



 

Room



 

Gallery



 

Nie wszystko...

Na krańcach zwyczajnie głupiej historii i ogłupiałego nią mikroświata układu pokarmowego, gdzie gwiazdy nie świecą nawet po zapłaceniu rachunku za światło, a niebo, choć otacza ze wszystkich stron, nie daje szczęścia, tylko wydziela śluz, żyją gastro-karły. Oczywiście – może lepiej należałoby powiedzieć – istoty szamańskie, niskorosłe, ale to brzmi nazbyt poprawnie i w bardzo, jak na nie, nadęty sposób. Ich czaszki wypełnia pusty śmiech, pływający w urojeniach, natomiast ich oczka uszkodziły się fabrycznie, a naprawa była niemożliwa, bo po ciemku bardzo trudno było je zlokalizować. Przez co nie widzą wyraźnie dla nikogo przyszłości. Również same mogą istnieć tylko TAM i WTEDY, w swoim zwyrodniale mściwym i perwersyjnym na umyśle mikrostanie. Na krańcach mikroświata układu pokarmowego.

Mimo swych mikroskopijnych gabarytów, mają ogromne moce przerobowe. Przekształcają wszystko, co dostanie się w miejsce ich akcji, w brunatne barachło. W dodatku ich złośliwa zabawa polega też na tym, by zniekształcać obraz, który ludzie starają się uchwycić w swoich gastroskopach. I robią to w niezwykle zwodniczy sposób, wykorzystując specjalne krzywe lusterka na paletkach od ping-ponga, które odbijają promienie światła gastroskopów w zupełnie przewrotnych kierunkach. Pojedynczy promień może dotrzeć do całkiem innego miejsca niż to, do którego zmierzał. Pod warunkiem, że będzie po drodze miał przesiadkę i zdąży złapać odpowiedni skurcz. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że ich gastroskopy to tylko zabawki w kuglarskich łapkach gastro-karłów, które traktują wszystko jak ponure harce, a ludzi jak grand-kanalie, mimo że przecież dzięki nim tak naprawdę egzystują. Ale to im zupełnie nie przeszkadza w dobrej (w ich mniemaniu) zabawie.

To jednak nie wszystko. Gastro-karły mają w zanadrzu coś jeszcze bardziej mrocznego niż sam mrok, niż darknet w czasie policyjnego lunchu i podziemie aborcyjne szczurów w obozach pracy Korei Północnej. Potrafią za pomocą tajemniczego wirusa, który został ulepiony z czystej złośliwości, atakować jądra atomów. Wirus ten sprawia, że atomy stają się bezpłodne. W mgnieniu oka materia, która dotąd była pełna życia, przestaje normalnie funkcjonować. Staje się apatyczna i nieapetyczna. Co nie znaczy, że wirus nie wysysa z niej potem wszystkich pozostałych „bezwartości”… A następnie wydala na nią własne odchody, stękając i zanosząc się przy tym sardonicznym śmiechem… I to od tego najprawdopodobniej zainfekowany wirusem organizm dostaje dreszczy.
Pewnej nocy, gdy chmury zaczęły się kłębić i przybierać postacie z najbardziej kiepskich żartów, a stacje telewizyjne na Ziemi wyświetlały ponure i absurdalne tele-wizje jak dziwne, chaotyczne wiry i plamy z buraczanego soku w lampie plazmowej, młody gastro-fizyk, Fanfaron, zauważył coś, czego nie mógł zrozumieć. Na chwilę, jakby przez przypadek, zobaczył jakieś małe stwory w jednym ze swoich gastroskopów - ich pokraczne, małe ciałka z paletkami odbijającymi światło. Prawdopodobnie obraz odbity wielokrotnie na krzywiznach luster nałożył się na siebie, większość zniekształceń wygładziła się i zbiegiem okoliczności efekt tego trafił w obiektyw gastroskopu. Przestraszony nieco Fanfaron poczuł jednak, że coś zabawnego jest w tym całym zamieszaniu.
„Mówiłem przecież, że nie wszystko jest takie, jak się być wydaje!” – pomyślał. „Niech to będzie moje odkrycie!” Zdecydował się na wyprawę w gastro-przestrzeń, by znaleźć odpowiedź na tę dziwną zagadkę. Wsiadł do specjalnej kapsułki i wziął w podróż szkło pomniejszające. Po czym połknął samego siebie (wg zaleceń dr. barona Münchhausena – jedna kapsułka dziennie wystarczy). Wkrótce – gdy już dotarł na rubieże układu pokarmowego, okazało się, że karły były nie tylko mistrzami żałosnego patosu, ale i… mikrymi kreatorami. Z pewnością też mikro-kreaturami. Każdy z nich tworzył swoją własną podobiznę – odbicie w lustrze na paletce, wykrzywiony obraz własnej pato-osobowości. Nikczemną karykaturę samego siebie. I było to bardzo niedobre. Co zapisano w karlej księdze Genesis.
Najdziwniejsze jest to, że w analogiczny sposób gastro-karły rozmnażają się. Robią to za pomocą powielenia własnych odbić w krzywych lusterkach. I to nic, że te odbicia są z początku wyłącznie czystą iluzją... Ponieważ religią tych stworzeń jest Święte Przekonanie. Głęboko (oraz wzdłuż i wszerz - zatem można powiedzieć - że w sumie w 3D) wierzą w siebie, zwłaszcza jeśli się nie widzą, więc iluzja w tamtych warunkach szybko staje się brudna, zakłamana i, powtarzana tysiąc razy, staje się faktem. A ponadto po ciemku łatwiej każdemu uwierzyć, że jest piękny!
Fanfaron w końcu stanął twarzą w twarz (a właściwie w jej zniekształcone odbicie) z jednym z karłów. Był on maleńki, koślawy, miał krzywy zgryz, rozbieżnego zeza, rozszczepienie podniebienia, rozdwojenie braku bojaźni i to coś… z pozoru nieznajome, co się sobie z zachwytem przygląda, kiedy nikt nie patrzy. Karzeł uśmiechnął się na wspak i rzekł, wyraźnie fafluniąc:
„Wiesz, Fanfaronie, tak naprawdę wcale nie chcemy zdewastować twojego przewodu pokarmowego… Chcemy go po prostu trochę… po swojemu skrzywić. Może będzie czymś zupełnie innym – czymś, co wy, grand-kanalie, możecie przeżyć jako skręt kiszek. A potem przerobimy go na mały zderzacz hadronów, by móc produkować naszą ciemną materię…”
Spotkanie to wywarło na Fanfaronie okrutnie obrzydliwe wrażenie, nic więc dziwnego, że nie chciał go przedłużać i wrócił do siebie i swojej zwyczajnej manii wielkości pełnym gazem (dla bezpieczeństwa tą samą drogą, tylko na wstecznym biegu).
Przez resztę swojego życia z tajemniczym uśmiechem obserwował, jak kotłują się chmury na niebie i ponure tele-wizje, bo wiedział, że nie wszystko musi być takie, jak się wydaje. Niektóre rzeczy można dogłębnie zrozumieć dopiero wtedy, gdy zobaczy się je od środka. I czasami nawet w przewodzie pokarmowym potrzebny jest nagły zwrot akcji, żeby nie wszystko zamieniło się w...