Licznik

czwartek, 10 września 2026

Jeśli by można...

 Jeśli można by się znaleźć wewnątrz obrazu Giorgio de Chirico, to jak? Prześwietlając ten obraz promieniami rentgenowskimi, z pewnością! Ale chodzi o coś natury bardziej metafizycznej… Także nie o konkretny obraz, tylko każdy, na którym artysta w zamierzony sposób nie umieścił nikogo. Obyło się bez biegnących ulicą dzieci i ich śmiechu, bez ich płaczu po upadku i otarciu sobie kolan… Bez kaszlących, wycierających nos w chusteczkę przechodniów, bez ich spojrzeń, po których można by wyczuć jakieś emocje, jakieś wewnętrzne zagubienie w tej przestrzeni. Nawet tych ukradkowych, żeby przeglądnąć się w połyskujących odbitym światłem witrynach sklepów, sprawdzając, czy kapelusz dobrze leży, czy szminka nie starła się trochę za bardzo. Tak jakby ludzie właściwie byli niepotrzebni pośród stworzonej przez siebie, a namalowanej przez oryginalnego artystę architektury. Żeby zapełnić przestrzeń, wystarczą domy, rzeźby i manekiny, rzucające cienie i domysły, co może kryć się za fasadami i za powłoką farby...

A jak on się właśnie tam znalazł – w samym środku? Nie wiadomo. Pies z ludzką twarzą, o imieniu Hieronim. Nie powinno się psom nadawać ludzkich imion. Ale też pies nie powinien mieć ludzkiej twarzy! To psu nie przystoi. Powinien mieć zwykły psi pysk. Tymczasem to psia ciekawość od razu poprowadziła go tam, gdzie nikt go jeszcze nie zdążył na obrazie zobaczyć, kiedy sprawdzał, co kryje się za zaułkami, rogami pustych ulic. Chodził ostrożnie, bez pośpiechu. Tak na wszelki wypadek. Obwąchiwał wszystko pieczołowicie, co pachniało stuletnim werniksem i stuletnią pustką. Po wizycie Hieronima również jego uryną. Najpierw zwiedził metro. Ale sto lat nie jeździł tam żaden pociąg. Skąd mógłby się wziąć jakiś maszynista, jeśli nawet jeździłby pociągiem bez pasażerów? Musiałby go ktoś domalować w jego domu, jak się budzi i szykuje do pracy, jak pije kawę, która wcale nie pobudza jego chęci do obsługi maszyn parowych. Jak wspina się po drabince do swojej lokomotywy, po czym rozpędza ją po torach z szeregiem wagonów… A dokąd to on, Hieronim, miałby niby jechać? Do swojej starej, całkiem ludzkiej ciotki, z którą niegdyś wspólnie palili? To już wtedy było dość niezręczne, kiedy nauczył się zaciągać dymem z jej papierosów. I jak tu przyznać się do odczuwanej przyjemności z tego nawyku, nawet po wielu latach… Więc dobrze, że metro nie działa. Że jest niewidoczną atrapą. Potem Hieronim zwiedził muzeum. Było w nim wiele wspomnień. Cudzych, zamkniętych wiekiem zakurzenia. Nie obsikał nawet jednego. Nie było sensu psuć ich muzealnego charakteru. I tak nigdy nie byłyby jego wspomnieniami, a jego wspomnienia stamtąd – zanim staną się zabytkami – minie wiele czasu. Ale wciąż będą nosić jego zapach…

Na środku placu stała studnia. Mieszkał w niej wąż, który żywił się nadzieją, że ktoś go kiedyś wyciągnie. Lecz nikt nie potrzebował wody. Wąż był gumowy, pusty w środku, co jest zwykle głównym grzechem węża, a największą jego obawą było to, że sparcieje. Bo parcienie było, prócz obawy, jego drugim głównym grzechem. Trzecim, że się wije, czwartym, że się plącze, piątym, że jest śliski, szóstym, że kłamie, a siódmym, że nie pamięta – kiedy bardzo, a kiedy tylko trochę…

Tuż obok stała wieża, w której nie było schodów. Któż miałby tam wejść? Na szczyt, gdzie mieszkał ptak, który strzegł skarbu. Przed ciemnością. Kiedy wzbijał się do lotu, błyski skarbu zdawały się pulsować jak światło latarni morskiej. To od skrzydeł, które raz odsłaniały, raz zasłaniały błyski skarbu. Ptak leciał wysoko i łapał dziobem najjaśniejsze i najbliższe słońca promienie, aby wracać na wieżę i karmić nimi skarb. By jaśniał bardziej. Bardziej niż kiedykolwiek. Światło skarbu było niemal tak przenikliwe jak promienie rentgenowskie.

Dzięki czemu Hieronim dotarł do podobrazia, więc zrobiło się trochę niebezpiecznie. Klej, jakkolwiek suchy, wciąż miał apetyt na nowe kształty, chociażby sam szkic, albo nawet zwykłe białe tło. Na takim tle trudno się ukryć, łatwo ugrzęznąć. Hieronim zastanowił się, czy nie powinien wrócić po własnych śladach. Ponieważ też czas zamieszkały na obrazie, jakkolwiek leniwy, potrafił miejscami tracić cierpliwość i miał poczucie własnego końca. I nie chciał się powtarzać. Po zjedzeniu smakołyku, ma się niedosyt i przemożną chęć zjedzenia go ponownie. Uroboros czuje to stale, więc nigdy nie zjada siebie do końca.

Przez lata zapuszczana broda Hieronima nagle stała się ciężarem. Wiele razy wcześniej fantazjował o tym, że ma pozostałą resztę ludzkiego ciała i, że może się wreszcie dzięki temu ogolić. Ale nigdy dotąd nie odczuwał tego pragnienia tak silnie. Żeby zobaczyć, jak wygląda naprawdę. Śmieszne. Czyli teraz tak nie wygląda? Nie wiadomo też, jaką twarz pragnąłby zachować. W razie, gdyby ktoś kiedyś dostrzegł go we wnętrzu malowidła. Miał przekonanie, że musi się ogolić, jeśli chce się wydostać z obrazu i że bez tego nigdy się z obrazu nie wydostanie. W gąszczu zarostu podczas węszenia zebrał się bowiem pigment, drobne szczegóły i metafizyczne cząstki elementarne.

Słońce dla ptaka z wieży stało się blade i niedostępne, więc jego skarb również przygasł. Wąż w studni zrozumiał, że nigdy już się nie rozwinie i nic, w związku z tym, nie stanie się proste, a jedyne, co stamtąd może się wydostać, to kłamstwo.

Hieronim wspiął się łapami na cembrowanie i zaglądnął w dół. „Ach” – pomyślał życzenie – „gdyby tafla wody była trochę wyżej, żebym mógł wypłukać brodę!” „Ach, piękny przybyszu znikąd” – powiedział z głębi studni wąż – „konam z pragnienia, żeby ci pomóc… Tylko mnie wyciągnij”. Hieronim był bardzo zdziwiony, że to nie echo, tylko jakieś coś, niemniej odpowiedział: „Kimkolwiek jesteś, musiałbyś czekać sto lat, nim moja broda urosłaby na tyle, żebyś mógł ją chwycić”. Wytężył wzrok, ale nie zobaczył ani węża, ani swojego odbicia, bo właśnie nadleciał ptak i porwał ostatni promień słońca.

sobota, 5 września 2026

Wnętrza 2





 


Wnętrza 1



 

Hongo-Pongo

 W królestwie Hongo-Pongo, w krainie Zakwitanii, rośnie ore-guano, ziele ekstatycznych uniesień, o którym nawet śpiewają pieśni w stylu szaba-daba-da. Niewymowna szczerość po zakosztowaniu naparu z owego specyfiku powoduje, że każdy pragnie podzielić się ze swymi pobratymcami uczuciem do nich, a od tego pragnienia piersi kołyszą się niczym łany zbóż w letnie, słoneczne popołudnie. Wszyscy uprawiają ore-guano na co dzień i co noc, bo to podstawowa wartość społeczna, występująca wszakże także dziko w tzw. ostępach i zabobonach, ale też w kultywowanych powszechnie modlitewnikach. Dlatego ludność kraju zasadniczo pleni się właśnie w celu kultywowania i śpiewania. Kultywowanie śpiewem ma ponoć wartość samą w sobie i przyczynia się znacznie do zmniejszania deficytu narodowego brutto. Propagatorzy kultywowania nazywani są często Wielkimi Kultywatorami i składa się im daniny pod pretekstem stałej Plancka. Jakkolwiek prawnie nie ma do tego żadnych podstaw, to przekazywana jest realnie pewna stała, niebagatelna energia finansowa. Poza tym wszystkie fizyczne, a nawet chemiczne związki muszą być zatwierdzone przez Wielkich Kultywatorów. I dopiero zachodzą. Bez zatwierdzenia też, co prawda, zachodzą, ale tylko pozornie. Tak jak słońce. Niby zachodzi, ale przecież dalej gdzieś świeci, tylko nie widać. Paradoksalnie sprawy i rzeczy, których nie widać, są często ważniejsze od tych widocznych. Widocznie tak już musi być. Od momentu, kiedy pewne sprawy i pewne rzeczy zaczęto naprawdę widzieć. Nie tylko dostrzegać, że są twarde, czy tępe – jak dowody, albo umysł… Po prostu nauczono się przypisywać im szczególne znaczenie. Nawet twarde dowody wcale nie muszą dowodzić, tępy zaś umysł może jeszcze kiedyś da się zastrugać. Przecież wiadomo, że tak naprawdę dowodzi dowódca, a dla umysłu wystarczy napar z ore-guano...

wtorek, 27 stycznia 2026

Bez tytułu



 

Inside



 

Room



 

Gallery



 

Nie wszystko...

Na krańcach zwyczajnie głupiej historii i ogłupiałego nią mikroświata układu pokarmowego, gdzie gwiazdy nie świecą nawet po zapłaceniu rachunku za światło, a niebo, choć otacza ze wszystkich stron, nie daje szczęścia, tylko wydziela śluz, żyją gastro-karły. Oczywiście – może lepiej należałoby powiedzieć – istoty szamańskie, niskorosłe, ale to brzmi nazbyt poprawnie i w bardzo, jak na nie, nadęty sposób. Ich czaszki wypełnia pusty śmiech, pływający w urojeniach, natomiast ich oczka uszkodziły się fabrycznie, a naprawa była niemożliwa, bo po ciemku bardzo trudno było je zlokalizować. Przez co nie widzą wyraźnie dla nikogo przyszłości. Również same mogą istnieć tylko TAM i WTEDY, w swoim zwyrodniale mściwym i perwersyjnym na umyśle mikrostanie. Na krańcach mikroświata układu pokarmowego.

Mimo swych mikroskopijnych gabarytów, mają ogromne moce przerobowe. Przekształcają wszystko, co dostanie się w miejsce ich akcji, w brunatne barachło. W dodatku ich złośliwa zabawa polega też na tym, by zniekształcać obraz, który ludzie starają się uchwycić w swoich gastroskopach. I robią to w niezwykle zwodniczy sposób, wykorzystując specjalne krzywe lusterka na paletkach od ping-ponga, które odbijają promienie światła gastroskopów w zupełnie przewrotnych kierunkach. Pojedynczy promień może dotrzeć do całkiem innego miejsca niż to, do którego zmierzał. Pod warunkiem, że będzie po drodze miał przesiadkę i zdąży złapać odpowiedni skurcz. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że ich gastroskopy to tylko zabawki w kuglarskich łapkach gastro-karłów, które traktują wszystko jak ponure harce, a ludzi jak grand-kanalie, mimo że przecież dzięki nim tak naprawdę egzystują. Ale to im zupełnie nie przeszkadza w dobrej (w ich mniemaniu) zabawie.

To jednak nie wszystko. Gastro-karły mają w zanadrzu coś jeszcze bardziej mrocznego niż sam mrok, niż darknet w czasie policyjnego lunchu i podziemie aborcyjne szczurów w obozach pracy Korei Północnej. Potrafią za pomocą tajemniczego wirusa, który został ulepiony z czystej złośliwości, atakować jądra atomów. Wirus ten sprawia, że atomy stają się bezpłodne. W mgnieniu oka materia, która dotąd była pełna życia, przestaje normalnie funkcjonować. Staje się apatyczna i nieapetyczna. Co nie znaczy, że wirus nie wysysa z niej potem wszystkich pozostałych „bezwartości”… A następnie wydala na nią własne odchody, stękając i zanosząc się przy tym sardonicznym śmiechem… I to od tego najprawdopodobniej zainfekowany wirusem organizm dostaje dreszczy.
Pewnej nocy, gdy chmury zaczęły się kłębić i przybierać postacie z najbardziej kiepskich żartów, a stacje telewizyjne na Ziemi wyświetlały ponure i absurdalne tele-wizje jak dziwne, chaotyczne wiry i plamy z buraczanego soku w lampie plazmowej, młody gastro-fizyk, Fanfaron, zauważył coś, czego nie mógł zrozumieć. Na chwilę, jakby przez przypadek, zobaczył jakieś małe stwory w jednym ze swoich gastroskopów - ich pokraczne, małe ciałka z paletkami odbijającymi światło. Prawdopodobnie obraz odbity wielokrotnie na krzywiznach luster nałożył się na siebie, większość zniekształceń wygładziła się i zbiegiem okoliczności efekt tego trafił w obiektyw gastroskopu. Przestraszony nieco Fanfaron poczuł jednak, że coś zabawnego jest w tym całym zamieszaniu.
„Mówiłem przecież, że nie wszystko jest takie, jak się być wydaje!” – pomyślał. „Niech to będzie moje odkrycie!” Zdecydował się na wyprawę w gastro-przestrzeń, by znaleźć odpowiedź na tę dziwną zagadkę. Wsiadł do specjalnej kapsułki i wziął w podróż szkło pomniejszające. Po czym połknął samego siebie (wg zaleceń dr. barona Münchhausena – jedna kapsułka dziennie wystarczy). Wkrótce – gdy już dotarł na rubieże układu pokarmowego, okazało się, że karły były nie tylko mistrzami żałosnego patosu, ale i… mikrymi kreatorami. Z pewnością też mikro-kreaturami. Każdy z nich tworzył swoją własną podobiznę – odbicie w lustrze na paletce, wykrzywiony obraz własnej pato-osobowości. Nikczemną karykaturę samego siebie. I było to bardzo niedobre. Co zapisano w karlej księdze Genesis.
Najdziwniejsze jest to, że w analogiczny sposób gastro-karły rozmnażają się. Robią to za pomocą powielenia własnych odbić w krzywych lusterkach. I to nic, że te odbicia są z początku wyłącznie czystą iluzją... Ponieważ religią tych stworzeń jest Święte Przekonanie. Głęboko (oraz wzdłuż i wszerz - zatem można powiedzieć - że w sumie w 3D) wierzą w siebie, zwłaszcza jeśli się nie widzą, więc iluzja w tamtych warunkach szybko staje się brudna, zakłamana i, powtarzana tysiąc razy, staje się faktem. A ponadto po ciemku łatwiej każdemu uwierzyć, że jest piękny!
Fanfaron w końcu stanął twarzą w twarz (a właściwie w jej zniekształcone odbicie) z jednym z karłów. Był on maleńki, koślawy, miał krzywy zgryz, rozbieżnego zeza, rozszczepienie podniebienia, rozdwojenie braku bojaźni i to coś… z pozoru nieznajome, co się sobie z zachwytem przygląda, kiedy nikt nie patrzy. Karzeł uśmiechnął się na wspak i rzekł, wyraźnie fafluniąc:
„Wiesz, Fanfaronie, tak naprawdę wcale nie chcemy zdewastować twojego przewodu pokarmowego… Chcemy go po prostu trochę… po swojemu skrzywić. Może będzie czymś zupełnie innym – czymś, co wy, grand-kanalie, możecie przeżyć jako skręt kiszek. A potem przerobimy go na mały zderzacz hadronów, by móc produkować naszą ciemną materię…”
Spotkanie to wywarło na Fanfaronie okrutnie obrzydliwe wrażenie, nic więc dziwnego, że nie chciał go przedłużać i wrócił do siebie i swojej zwyczajnej manii wielkości pełnym gazem (dla bezpieczeństwa tą samą drogą, tylko na wstecznym biegu).
Przez resztę swojego życia z tajemniczym uśmiechem obserwował, jak kotłują się chmury na niebie i ponure tele-wizje, bo wiedział, że nie wszystko musi być takie, jak się wydaje. Niektóre rzeczy można dogłębnie zrozumieć dopiero wtedy, gdy zobaczy się je od środka. I czasami nawet w przewodzie pokarmowym potrzebny jest nagły zwrot akcji, żeby nie wszystko zamieniło się w...