W królestwie Hongo-Pongo, w krainie Zakwitanii, rośnie ore-guano, ziele ekstatycznych uniesień, o którym nawet śpiewają pieśni w stylu szaba-daba-da. Niewymowna szczerość po zakosztowaniu naparu z owego specyfiku powoduje, że każdy pragnie podzielić się ze swymi pobratymcami uczuciem do nich, a od tego pragnienia piersi kołyszą się niczym łany zbóż w letnie, słoneczne popołudnie. Wszyscy uprawiają ore-guano na co dzień i co noc, bo to podstawowa wartość społeczna, występująca wszakże także dziko w tzw. ostępach i zabobonach, ale też w kultywowanych powszechnie modlitewnikach. Dlatego ludność kraju zasadniczo pleni się właśnie w celu kultywowania i śpiewania. Kultywowanie śpiewem ma ponoć wartość samą w sobie i przyczynia się znacznie do zmniejszania deficytu narodowego brutto. Propagatorzy kultywowania nazywani są często Wielkimi Kultywatorami i składa się im daniny pod pretekstem stałej Plancka. Jakkolwiek prawnie nie ma do tego żadnych podstaw, to przekazywana jest realnie pewna stała, niebagatelna energia finansowa. Poza tym wszystkie fizyczne, a nawet chemiczne związki muszą być zatwierdzone przez Wielkich Kultywatorów. I dopiero zachodzą. Bez zatwierdzenia też, co prawda, zachodzą, ale tylko pozornie. Tak jak słońce. Niby zachodzi, ale przecież dalej gdzieś świeci, tylko nie widać. Paradoksalnie sprawy i rzeczy, których nie widać, są często ważniejsze od tych widocznych. Widocznie tak już musi być. Od momentu, kiedy pewne sprawy i pewne rzeczy zaczęto naprawdę widzieć. Nie tylko dostrzegać, że są twarde, czy tępe – jak dowody, albo umysł… Po prostu nauczono się przypisywać im szczególne znaczenie. Nawet twarde dowody wcale nie muszą dowodzić, tępy zaś umysł może jeszcze kiedyś da się zastrugać. Przecież wiadomo, że tak naprawdę dowodzi dowódca, a dla umysłu wystarczy napar z ore-guano...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz