Licznik

czwartek, 15 września 2016

DYWAGACJE NIE NA TEMAT

Dunder - gdy świśnie - będzie za późno na lamenty i żale. Jeśli ktoś chce sobie polamentować, ma na to całe życie. Bywa ono często niczym skwaśniałe wino – smakuje dość ohydnie - ale jak ktoś bardzo chce, też może się nim upić nawet do nieprzytomności. Miłość, z kolei, jest jak słońce, bo oślepia i jak się za długo ma z nią kontakt, można dostać udaru. Po prostu urwanie głowy (ale najpierw – jeśli ktoś oczywiście nosi - kapelusza). Dlatego każdy facet czuje się przynajmniej raz w życiu jak Holofernes. Powiedzmy jednak, że gdy w chwilami słoneczny dzień popijamy lekko skwaśniałe wino, nie jest jeszcze najgorzej. Bywały w świecie komiwojażer, Ben Galsky, zauważył, że droga na horyzoncie jest tak wąska, że tylko szpilkę dałoby się wcisnąć i jeszcze można by przebić przy okazji nieboskłon. Mogłoby dojść przez to do infekcji nieba ziemskimi problemami, a na ziemi niepokój ludziom szkodziłby do woli i rozpraszał uwagę swym wzniosłym błękitem. Ludzie przestaliby zważać na przepisy, więc wszystko byłoby pewnie przesolone, nie wspominając o pikantnych szczegółach. Smoki żywią się dziewicami, a i wielu zwyrodnialców za kaszką z mlekiem zbytnio nie przepada. Czuć taki lekki dreszcz, nieprawdaż? Niepokój to zły omen. On ptakom sen jak liście po ciemku obrywa, żeby na gałęziach został sam mroczny strach. Baba Jaga mu do pięt nie dorasta, bo on żyje na wysokiej stopie w chatce pod lasem i do tego ma wysokie mniemanie. A wykształcenie zdobywał na najwyższej uczelni w Himalajach. Nie wchodzi się dwa razy do tego samego strumienia świadomości. Aczkolwiek Camerun Madagascaru i Gujana Ukulele – podróżnicy po krainie mięsa w dyskoncie Biedronka - przyłapali się już dwa razy na nurkowaniu w somnambulicznym transie w pobliskim strumieniu po plankton. Być może w strumieniu jest stosunkowo mało planktonu, ale rozwija się w nim za to prawdopodobnie wieloraka osobowość. Łatwiej zauważyć różnicę między jasnowidzem a czarnowidzem. Różnica między gramofonem a grafomanem jest głównie taka, że ten pierwszy drapie po winylu a drugi skrobie po papierze. Przy okazji może jeszcze smalić duby, cokolwiek by to nie było. Np. głupcy, którzy jeszcze nie zostali obsmarowani tłuszczem zwierzęcym. Gdyby im otłuszczone nogi ze strachu przed tym, dokąd by swoich właścicieli mogły zaprowadzić, pouciekały, zostałyby wyłącznie głowy i tułowia z założonymi w nadziei na przejeżdżający przypadkiem obok ambulans rękami. A apteka gdzieś tam czeka i zaplecze całe w lekach. Są tam mikstury na wszystko: na niedobór, na przesyt, na paradoks, na zamęt, na niesmak, na przywidzenia i na złe przeczucia. Przeciwko myślom, które z natury są dobre, ale się na skutek ewolucji wynaturzyły. Przeciwko czarnej wizji czarnego scenariusza spędzenia czarnej godziny w biały dzień i inne psycho-delicje. Czy w kaszkiecie, czy w Taszkiencie, przytrafić się może wzdęcie. Kogo zwykła duma wzdyma, długo zbytnio nie wytrzyma. Choćby nawet był kaleki, musi pobiec do apteki. Każdy niewysiany głupek powinien szczególnie starać się o to, żeby stracić głowę do szczętu, bo to dla wszystkich słuszne i zbawienne, szczególnie zanim coś mu tam do środka strzeli, z wyjątkiem pistoletu. Niestety głupcy mają często obrzydliwie wyuzdane szczęście i do tego strasznie są ze swoim łbem zżyci. Z „rzyci” też trudno zrezygnować. To dość ważny koniec ludzkiego odwłoka. Tam się albowiem mieszczą wszystkie niezwykle nieistotne sprawy. Dziwnym trafem tuż obok odbywa się czasem prokreacja, dzięki której głupców jest coraz więcej i więcej. Również potencjalnych terrorystów. W dzieciństwie trudno jest stwierdzić, czy to efekt bezstresowego wychowania, czy też z wiekiem jednak minie. Później jest jeszcze trudniej, bo gdy nie mija z wiekiem, nikt się nie chce przyznać, tym bardziej, że i tak wszystko na siebie weźmie tzw. Państwo Islamskie. A gdyby człowiek rozmnażał się przez podział, to każdy jego podział byłby grzechem, bo każdy byłby pozamałżeński i do tego homoseksualny. Nie do pomyślenia! Żaden bóg by się raczej na to nie zgodził. A propos bogów – czy oni wszyscy nie powinni się wreszcie gdzieś spotkać i ustalić, który z nich jest prawdziwy, który troskliwy i wyrozumiały, którego wolno malować, chociaż nikt z żywych go nigdy nie widział, który zaciera ślady między wiarą i ideologią, a który nabija wiernych w lampę Aladyna albo, co gorsza, w TNT. Znak zapytania. I najlepiej niech wszystkie kwestie sporne załatwią wtedy między sobą. W końcu to oni są nieśmiertelni. Może dlatego im się niespecjalnie spieszy.

niedziela, 5 czerwca 2016

Ab ovo

Błyskotliwie napisany tekst powinien składać się z trzech części. Pierwsza część to wyjaśnienie – z jakich części powinien składać się błyskotliwie napisany tekst. Druga część ma być dość luźno powiązanym zestawem wykwitów pobudzonego, nierzadko farmakologicznie, umysłu. Trzecią zaś powinna stanowić osobliwa jak samo życie, acz nieprawdopodobna historia, co zwiększa szanse, że czytelnik w nią uwierzy, której morał wprowadzi go w filozoficzną zadumę, tak, aby poczuł on zew wilczej watahy, z którą mógłby wyć do sześćdziesięciu trzech księżyców Jowisza. Jest trzydziesty dziewiąty i-pada pięć tysięcy półtora roku. Pogoda pod zmutowanym psem. Ruch na drogach blokują samochody z kwadratowym ogumieniem, najmodniejszym w tym sezonie. Dokoła dzieje się masa zdumiewająco dziwnych rzeczy, w tym również Massachusetts. A z beczkolotów rozpylane jest zbiorowe szaleństwo, potrzebne desperatom, by uwierzyć w iluzję, że wszystko jest prawdą. Albo w prawdę, że wszystko jest iluzją... Albo wszystko jedno i do tego genetycznie zmodyfikowane. Specjaliści oddzielają oniemiałych ludzi od ich odbicia w lustrze promieniami sera i skalpelem z tektury. Tektura na giełdzie w Pjongjangu osiągnęła już ceny czeskiego złota. Maklerzy porzucili pracę i zajęli się poławianiem surowców wtórnych z Morza Martwego, które przyłączono, po jego wcześniejszej pacyfikacji, do Pacyfiku. W posiedzeniu rządu po raz stutysięczny wzięły udział hemoroidy, co zaowocowało serią jubileuszowych eksplozji w stolicy Grenlandii – Bombaju. A w stolicy Mikronezji, Nowym Radomiu, konduktor wysadził się w tunelu z pędzącego metra za przejazd bez biletu. Papieżem został wybrany po raz trzeci Dybuk Pierwszy i od razu ogłosił koniec świata ułudy oraz liczne wizyty nowych gości w domu umysłowo wyczerpanych, już od dawna nawiedzonym przez schizofreniczne termity, które próbowały udawać głos sumienia. Natomiast umysły członków partii rządzącej poddano, na ich własne żądanie, natychmiastowej petryfikacji, jako odpowiedź na odurzające protesty opozycji, które stały się dla nich kamieniem odrazy (socjalistyczne „d”, którego „brzuszek” jest z lewej strony, prawica zamienia automatycznie na „b”, chyba, że ktoś jest dyslektykiem). A tymczasem wszystko zaczęło się od jaja, co potwierdził Instytut Badań Owalnych im. Koła Fortuny, Instytut Władcy Pierścienia im. Korzenia Żeń-szenia oraz niejeden znany plemnik.
Zdarzyło się to w pewną środę, choć nikt nie wiedział jeszcze, że to po wtorku, a nie, dajmy na to, po świętach, po śniadaniu. Na śniadanie miało być jajko topless, znaczy - bez koszulki, postraszone wrzątkiem, czyli typowe śniadanie kontynentalne w okręgu Zastrachań. Jajko zaczęło jednak od początku budzić obawy, czy jest świeże i, jak się później okazało, nie tylko obawy. W celu zbadania jajka testami organoleptycznymi posłano więc po głównego inspektora żywienia, niejakiego Żywienia, który właśnie ze względu na nazwisko, godne zaufania przy pełnieniu obowiązków inspektora wspomnianego resortu, dostał niedawno nominację. Gdy jednak przybył na miejsce, okazało się, że bynajmniej nie ma apetytu i ogólnie sprawiał wrażenie dość impresjonistyczne. Tym bardziej, że – jak sam przyznał – doczekał dopiero co z kolegami przy kartach wschodu słońca. Ale z jakichś nieznanych powodów nie znalazł się na obrazie Claude'a Moneta. Nie bardzo pomogła też flaszka wypitego przed śniadaniem aperitifu. Traktował jajko z atencją, należytym dystansem i obrzucał je fachowym, mdłym spojrzeniem, marszcząc groźnie brwi. Kilkakrotnie w czasie marszczenia brwi przysnął nawet i o mało co nie wypuścił z ręki, na szczęście intensywny zapach cucił go skutecznie, co zanotowano skrupulatnie w raporcie. Tymczasem jajko w odczuwalny dla wszystkich sposób traciło i tak bardzo wątpliwy termin przydatności do spożycia i nie dawało się go już nijak przedłużyć, zapijając dodatkowymi kieliszkami wódki. Inspektor poprosił stanowczo o chwilę przerwy, w czasie której pobiegł do toalety, gdyż akurat była wolna. W sprawozdaniu zapisano, że „od 7.30 do 7.35, mierząc długością promieni słonecznych, inspektor bił się z myślami i podejmował trudne decyzje”, co było prawdopodobne, ze względu na dochodzące w tym czasie z toalety odgłosy miotania się i bełkotliwe przekleństwa. Po powrocie inspektora zauważono, że ma nabiegłe krwią oczy, w których ujawnia się stanowcza niechęć do dalszych testów. Nakazał, nota bene, żeby odnotować jego sugestie, że w jajku wytworzyły się szkodliwe rudymenty, jak np. etylo-wstrętonina, itp. Wszyscy byli dodatkowo niezwykle upojeni naukowym podejściem do zagadnienia inspektora, którego autorytet znacznie się właśnie podniósł, w przeciwieństwie do deszczu. Czego też nie dało się nie zauważyć. Inspektor spojrzał w okno, o którego parapet dudniły beznamiętnie grube jak tuczniki krople i z egzystencjalnym smutkiem w głosie powiedział:
- Cały świat boleje... Bo leje...
Wszyscy zasłuchani w kapanie deszczu nie zauważyli, że przez uchylone drzwi percepcji wsunął się do pokoju ukradkiem – najprawdopodobniej - kot Behemot, albo nawet sam smolisty Lucyfer, bo tak naprawdę wszyscy byli poza zasięgiem postrzegania rzeczywistości. Obwąchał leżące na stole jajko, kłapnął kilkakrotnie szybko pyszczkiem, w trakcie czego jajko zostało całkowicie przez niego pochłonięte. Następnie oblizał się i pogłaskał po kosmatym brzuszku. Po czym, tak jak niepostrzeżenie wszedł, tak wyszedł. Nikt nie był też w stanie skojarzyć, że pozostawiony przez niego zapach siarki, różni się nieco od woni zepsutego jajka.
Kilka minut później na dalekiej Północy zanotowano wstrząs tektoniczny o niezwykłej sile, który spowodował fakt, że odpadło Ziemi jedno koło polarne. Toteż trudno teraz przewidzieć bieg dalszych wydarzeń, choć nietrudno przewidzieć, jak może skończyć się jazda na jednym kole...

niedziela, 31 stycznia 2016

pół łyżeczki cukru


Strawberry fields forever

Kiedy dziś rano wychodziłem do sklepu po zapałki, podjechała na pobliski parking czarna limuzyna. Wysiadło z niej i podeszło do mnie dwóch rosłych mężczyzn o wyglądzie nie tolerującym sprzeciwu. Jeden z nich wyjął zza pazuchy pękatą kopertę, na tyle obcisłą, że nominały banknotów wybrzuszały papier. Zdziwienie pomieszane z lękiem nieco mnie sparaliżowało, w każdym razie na tyle, że nawet nie śmiałem zapytać, o co chodzi. Na szczęście ten drugi, z krzywym zębem, bo nie nosił chyba wcześniej aparatu, za to zdaje się bardziej intelektualnie rozgarnięty, zaczął rozmowę:
- Są ludzie, którzy potrzebują pana pomocy. Był wyraźnie zmieszany i odwrócił na chwilę głowę do tego pierwszego, po czym wyartykułował szeptem przez ten krzywy ząb: „Ku*wa, ty to miałeś mówić!”. Niemniej natychmiast wrócił do swojej poprzedniej kwestii: - Pan jest, zdaje się, mocno zdystansowany do nowych okoliczności, więc wypowiedź pańska powinna być poczytana jako w miarę wiarygodna (przewrócił oczami, wzdychając, co nadało temu krótkiemu interludium odpowiedniej powagi, po czym kontynuował) - Artykuł trzeba napisać i zamieścić gdziekolwiek. Ma być optymistyczny. Że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej... - Ale – przerwałem – ja jestem nikim! Kto się będzie z moją opinią liczył!? Garstka znajomych pomyśli, że po dwudziestu pięciu latach pracy mam oczekiwane przez wielu odchyły od azymutu. Że pytali już o mnie w wydziale geodezji. Obydwie persony wydały się absolutnie spokojne i przygotowane na taką reakcję. - Nie czujesz tego zapachu? Może nadjechaliśmy od zawietrznej strony!? – zapytał mnie per „ty” ze zniecierpliwienia i poirytowania ten pierwszy i podetknął mi pod nos kopertę. Istotnie, jej zawartość pachniała świeżą operacją bankową, banknoty przylegały też do siebie bardzo ściśle, co sugerowało, że nie były praktycznie wcale w obiegu. - Domyślam się – odrzekłem – że niezręcznie byłoby mi odmówić przyjęcia „zlecenia”... - Tak właśnie Sokrates działał – zwrócił się do kolegi gość z pękatą kopertą – zadawał, po prostu, właściwe pytania! Po przyjęciu koperty wróciłem czym prędzej (nawet bez zapałek) do domu i zabrałem się niezwłocznie za pisanie tekstu...

STRAWBERRY FIELDS FOREVER

Spotkało się dwóch nieboszczyków, choć wcale nie byli umówieni. Jeden pyta: - Jak nie żyjesz? - A dziękuję, świetnie, nie mogę narzekać – odpowiada ten drugi. Sprawy zarówno doczesne, jak też te w późniejszym terminie, są dość umowne. Niewymownie. Nie wystarczy się nie jąkać i nie seplenić. Umowa żadna nie została nigdy spisana ani na wołowej skórze, ani czytelnym drukiem. Może dlatego, że w największym łbie się - tak czy owak - nie mieści. Wszystko ma bowiem swoje granice. Niektóre rzeczy graniczą z absurdem, Polska zaś, prócz kilku nieistotnych krajów, które mogłyby równie dobrze leżeć na wznak na tapczanie i pochrapywać, także z Bałtykiem. Jest to dość płynna granica, ale to i tak lepiej, niż by miała być w sprayu. Co kraj, to obyczaj, a gdy ludzie nieobyczajni, to wszystko wokół obraca się w perzynę. W przybliżeniu czterdzieści pięć stopni na tydzień. W niedzielę o dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt dziewięć przychodzi agent rozrządowy i przekręca korbką. Na szczęście płacą mu nie od przekrętu, tylko z góry na dół. Nie ma potrzeby, żeby robić z tego powodu jakieś wyrzuty. Ludzie nie chcą krytyki i wolą być bezkrytycznie uszczęśliwieni jej brakiem. Zresztą, prawdziwa perzyna krytyk się nie boi, więc nie ma strachu, z czego można się najwyżej strasznie cieszyć. Jest takie miasto – Cieszyn – najbardziej cieszyńskie z przedgranicznych miast. Skrajnie optymistyczne, zwłaszcza na obrzeżach. Teoretycznie powinna tam być najbardziej radosna infrastruktura, ale z Cieszynem jest na razie prawdopodobnie tak, jak z wentylacją – żeby działała, nie wystarczy zamontować tylko wentyl, musi być cały wentylator. Być może właśnie z powodu wentylatora wszechświat rozszerza się w opasłych umysłach ścisłych, jednocześnie Ziemia kurczy się w chłodnej emocjonalnie atmosferze bilateralnych stosunków, powodując potworne ciśnienie, żeby się prztyknąć gdzieś któregoś dnia w odległej galaktyce z obcymi, którzy mają nawet w paszczy nieziemskie lubrykanty. Pobiegnijmy tam wszyscy psim swędem, gdzie miłość wypływa prosto z serca, gdzie wiara kwitnie niczym białe łany kalafiora a czterech jeźdźców złudnej nadziei pędzi z prędkością światła, zamieniając Mleczną Drogę w gorący budyń. Pobiegnijmy tam, trzymając się za co się da w biegu złapać. Wetknijmy kwiaty w lufy naszych spojrzeń! Co nam szkodzi!? Nic nam nie szkodzi. Od tego w końcu jest ministerstwo zdrowia, żeby rządzić powszechną krzepą społeczeństwa. Nawet kościelny chodzi uśmiechnięty, gdy organista porusza anielskie wątki. Choć ich nie pojmuje do końca, stara się być czujny. Gdy rozum nie śpi, by spać mogło coś, to są zwyczajne dzieje. Historia tocząca się głazem Syzyfa. Ale jak tylko ciut odpuszczamy, emisariusze Lucyfera gaszą światło i ostrzą sobie kły na ludzkie dusze. Chyba, że ktoś jest bezduszny, wtedy zajmuje się nim emisariusz na diecie, który zjadł już wcześniej zęby na chomikach. Obiecajmy sobie jedną choć cacankę - z czystego piękna utkaną. Że, na przykład, jak nas jednak ostatecznie z ziemskiego padołu wypróżni, to będzie zdarzenie dla obcych wiekopomne, bo będziemy mierzwą pod pola truskawek forever, żeby nimi można było udekorować budyń.


poniedziałek, 28 grudnia 2015

TRYUMF PRAWDY

  „Kto boso chodzi, stopy sobie chłodzi” - Ergo Sum (nibylandzki wynalazca i odkrywca eksterioryzacji)

Pewien facet [ˈfæsɪt], o nazwisku na jedną z liter alfabetu, otworzył w któryś dzień tygodnia butelkę wzmocnionego piwa. Było rzeczywiście mocne i rześkie niczym źrebak na porannym wybiegu. Butelka była zielona. Widok przez zielone szkło podczas picia jest o wiele ciekawszy niż przez brązowe, niemniej piwo w zielonej butelce kwaśnieje o dwie i pół godziny wcześniej niż w brązowej. Sprawdza się to, pijąc po małym łyku, z dwóch butelek na przemian, co dwie i pół godziny, zaczynając od piwa z zielonej – aż do skwaśnienia. Po pierwszym i najpoważniejszym łyku ożywczego płynu poczuł, że może też otworzyć szerzej okno na świat. Zaskrzypiało nieco nieoliwionymi od dawna zawiasami i zabrzmiało to trochę jak śmiech. Co było o tyle dziwne, że zza okna także dobiegał śmiech. Śmiały się bezlitośnie bezlistne drzewa i krzewy, wyginając spazmatycznie konary i gałęzie, śmiała się trawa, której kępki mierzwił chłodny, grudniowy wiatr. On też się śmiał, ocierając się kusząco o źdźbła. Śmiały się również one – pojedynczo: każde artykułowało krótkie, świeżo zerwane „ha”. Jednak te wszystkie natrząsające się z osobna „ha” nakładały się na siebie, przedrzeźniały nawzajem i zwielokrotniały, tworząc prawdziwy bukiet śmiechu (mógłby napisać Gombrowicz, lecz napisałem w poniedziałek ja). Tylko ulica się nie śmiała, bo nie śmiała i była nieśmiała, bo po ulicy wszyscy jeżdżą i to wcale nie jest śmieszne. I chłodny, grudniowy chodnik się nie śmiał, ale tylko kawałek, bo był mocno szurnięty i pogrążał się miejscami. Na szczęście nie było dżdżu, bo zaraz napadałby w tę depresję i to też nie byłoby śmieszne.
Tymczasem facet [ˈfæsɪt] miał metr siedemdziesiąt. Szczególnie na chłodnym chodniku, pogrążony w zapadłej dziurze, był śmieszny - nawet przy tak przeciętnym wzroście - ale go wtedy wcale nie było widać. Po prostu taką miał konstytucję. Pojawili się wszelako ludzie, którzy chcieli, aby deklarował, że ma metr czterdzieści pięć na korkowych koturnach, dzięki czemu mogliby poczuć się wyżsi od niego, zwłaszcza stojąc w płytszych zapadlinach. I to, że jest też na zawsze i wszędzie poważny i spięty, do czego ma go zobowiązywać, rzekomo, zakup opakowania agrafek na własny koszt. Wydawali się być oburzeni faktem, że się nie zgadzał na takie fałszywe deklaracje, ani na nieplanowane zakupy... Planowane zakupy obejmowały natomiast: węża ogrodowego z ogrodu Eden – szt.1, guzik z pętelką – szt.1, funt kłaków, figę z makiem (maku tyle, żeby można jeszcze zasiać w przyszłym roku, czyli więcej niż korzec), lunetę, żeby można było zobaczyć jakąś dalszą przyszłość i sznurek, żeby można było z nią wiązać jakąś nadzieję, jeśli widok będzie przyjemny (jeśli nie, to do czego innego!). W sklepie pojawił się planowany sprzedawca i jeszcze zanim facet [ˈfæsɪt] zdążył o cokolwiek poprosić, wyciągnął spod lady paczkę agrafek i ze sztucznym uśmiechem zakomunikował: - Jest promocja na agrafki! Przy zakupie paczki, reszta zakupów za połowę ceny! - OK – powiedział facet [ˈfæsɪt] - a ile kosztuje paczka agrafek? Sprzedawca wymienił swój sztuczny dotąd uśmiech na naturalny, który miał w tym momencie z założenia imitować uśmiech losu i wycedził: - Mniej więcej połowę ceny pańskich zakupów plus podatek za promocję. - A jak duży ten podatek? - zapytał nieco bezczelnie facet [ˈfæsɪt]. - Mniej więcej połowę ceny, jaką by pan musiał zapłacić, jeśli nie kupi pan tych agrafek. - To wezmę – powiedział po niedługim zastanowieniu facet [ˈfæsɪt]. Tymczasem z półki sklepowej zsunął się dostojne wąż ogrodowy z ogrodu Eden i zasyczał mu do ucha: - Nie daj się oszszszukaććć! Może wyglądaszszsz śśśmieszszszsznie, ale umieszszsz liczyć, więc licz się sss tym, że to szszszwindel... Facet [ˈfæsɪt] zaczął przyglądać się uważniej wyłożonej na ladzie paczce agrafek. Rzeczywiście, nie wyglądała zwyczajnie – raczej jak napompowana i jeszcze był napis czerwonymi literami „25% extra”. Wziął ją do ręki i stwierdził natychmiast, że jest pusta. Z nieukrywanym zdziwieniem zwrócił się zatem do sprzedawcy: - Ale w środku nic nie ma! - Jak to nic!? - odparł sprzedawca – jest tam komplet nowych symboli narodowych, plus 25% dodatkowo na okoliczność promocji i podatku od niej. Pewnie spał pan wczoraj w nocy, tak? - No tak – odpowiedział zaskoczony facet [ˈfæsɪt] - a co w tym dziwnego? - A trzeba było być świadomym, bo właśnie wczorajszej nocy weszła specjalna ustawa na ten temat. I jeśli pan nie kupi tej ustawowej paczki, będę musiał powiadomić odpowiednie władze, zajmujące się zwalczaniem działalności antypatriotycznej. Na twarzy sprzedawcy zagościł oczekiwany od początku przez niego samego smutek prawdy. Prawda najczęściej bywa smutna. Nawet jeśli spotyka na swej drodze śmiesznych facetów, naśmiewanie się z nich nie jest samo w sobie kuszące i atrakcyjne. Prawda woli poczekać, aż śmieszni faceci staną się z powodu swej śmieszności nieszczęśliwi, zrozpaczeni i cierpiący. Dopiero wtedy przyjdzie jej ochota do śmiechu. Lecz śmiech ten wciąż nie będzie zdrowy. Będzie to po prostu śmiech tryumfu smutnej prawdy nad Wisłą.