Berlin
- nazwa, jak wiele innych, niemalże. Dwie sylaby, sześć liter. Pierwsza sylaba
nieodparcie kojarzy się ze słowem "Bär" (niedźwiedź). Nieprzypadkowo.
To herb i jeden z symboli miasta, choć językoznawcy wskazują na ściślejszy
związek nazwy ze starosłowiańskim "brl" - bagno, moczary. Pewnie też
tak jest, ale dzisiejsza stolica Niemiec, to bardzo schludna i stosunkowo
bezpieczna metropolia, przyjazna dla każdego przybysza, który chce i umie się w
jakikolwiek sposób porozumieć z jej mieszkańcami. Mało przyjazna dla tych,
którzy przyjeżdżają tu w celu popełnienia wykroczenia lub przestępstwa... Dobra
opcja. Kiedy przyjechałem do Berlina po raz pierwszy, mogłem podziwiać jeszcze
tylko wschodnią jego część. Był rok 1986. Nad Bramą Brandenburską latał
wojskowy śmigłowiec, a na odległość bliższą niż kilkaset metrów od Muru
Berlińskiego, który dzielił dwa niemal diametralnie różne światy i dwa różne
miasta, noszące zasadniczo tę samą nazwę, lepiej było nie podchodzić, chyba, że
ktoś zamierzał popełnić "samobójstwo". Mimo tego, stolica NRD robiła
i tak na przybyszach z państw "bloku socjalistycznego" duże wrażenie.
Wcale "Nieświętej" Pamięci Niemiecka Republika Demokratyczna była
bowiem "wizytówką", państwem "reklamowym" socjalizmu -
mającym pokazać, jak fantastycznie i "komfortowo" żyje się PRZED
Żelazną Kurtyną. Mogłem zatem sprawdzić to, zamawiając w kawiarniach stosunkowo
ekskluzywne cocktaile, jakich nie dane mi było wypić w mojej ojczystej Polsce.
Odwiedzić (już tylko, niestety) sklepy typu "Exquisit" (nie to samo,
co nasz ówczesny "Pewex"), gdzie "wybrańcy" mogli kupić
drogie i luksusowe ciuchy. Ale nawet w sklepach dla przeciętnych obywateli
towarów było znacznie więcej niż u nas. Nic dziwnego, że wróciłem zauroczony -
przede wszystkim jednak atmosferą tamtego miejsca. Następnym razem byłem w
Berlinie dopiero w 2008. I czułem się jak w bajce. Gościli mnie bowiem dużo
bardziej niż przeciętni Berlińczycy, co poczytuję sobie za niezwykłe szczęście.
Pobyt u nich w domu, gdzie mogłem uczestniczyć w ich codziennych rytuałach, był
osobliwie niepowtarzalnym przeżyciem, czymś, co pozostawia bardzo miły ślad w
pamięci. Rozmowy o życiu, o sztuce, o specyfice miasta i nowinkach z nim
związanych na tarasie jednego z domów okręgu Prenzlauer Berg, sprawiły mi
ogromną przyjemność, nie mówiąc o spacerach po centrum miasta. Powrót stamtąd
przypłaciłem wtedy ponad tygodniowym przygnębieniem, melancholią, apatią,
niezgodą na stan faktyczny polskiej rzeczywistości... Ale cóż. Tydzień temu
powrót z Berlina nie był już takim szokiem (to niezły postęp mojej ojczyzny,
jak na cztery lata). Co nie zmienia faktu, że wciąż nawet krótki pobyt tam był
czystą przyjemnością w niemal klinicznej postaci. Kilkakrotnie jacyś
obcokrajowcy z Francji lub Anglii pytali mnie w Berlinie o drogę. Czułem się
wspaniale, mogąc wskazać im chociaż orientacyjny kierunek. Zawsze wtedy
przychodziło mi na myśl, że skoro traktują mnie jak autochtona, to mogę się nim
czuć, choćby przez chwilę... Przyznaję bez głodzenia w ciemnym lochu i
wyrywania paznokci - Berlin jest miastem moich marzeń, moją drugą
"ojczyzną". Około północy, wracając z nocnego spaceru, spotkałem na
torach tramwajowych mysz. Ponieważ nie uciekała przede mną, zdążyłem zapytać
(oczywiście po niemiecku!): "Jak leci?". "Cóż, jak
widać..." - odpowiedziała mysz. "Pewnie mnie więcej nie zobaczysz, bo
warunki są dla mnie ciężkie, ale i tak będę tu dłużej niż ty... Zdechnę
szczęśliwa". I pobiegła w stronę jednego z ogrodzonych parkanem placów
budowy, gdzie rzeczywiście już niedługo nie będzie dla niej dogodnych warunków
do życia, bo powstanie coś, co da Berlińczykom kolejny powód do dumy, a
turystom - do zachwytu tym miastem.
